Nami. Beef & Reef

Mochiko

Początek z Nami

Długo czekałam na otwarcie tego miejsca. Ale w końcu jest! 9 stycznia swoje drzwi – na razie bez większego szumu i bez grand opening – otworzyło Nami.

Szefem kuchni jest niezrównany Taiyo Jung, o którym pisałam tutaj. W czerwcu 2021 roku odwiedziłam go w tymczasowej przestrzeni wyodrębnionej z sąsiadującego Pimiento. To był czas, kiedy można było zjeść najlepsze omakase w Krakowie, w swojego rodzaju pop-up kitchen. A jednocześnie Taiyo Jung, pracując w tymczasowej kuchni, miał możliwość przygotowania się do otwarcia Nami specjalizującego się w grillowanym mięsie i owocach morza. I na to wskazuje ich motto: Beef and Reef.

Na rezerwację wybrałam moment dla mnie idealny – wczesne niedzielne popołudnie to był dobry czas na świętowanie z synami. Obrona pracy inżynierskiej i 19. urodziny to znakomita okazja, prawda? W restauracji oprócz nas zajęty był jeszcze jeden stolik, miałam więc spokojne sumienie, że nie przeszkadzam obsłudze w pracy. A ja lubię sobie pogadać – z szefami kuchni, barmanami i managerami.

Wnętrze

Przepiękne, ciemne wnętrze przełamane w kilku miejscach drewnianymi lamelami dodającymi lekkości i światła.

Cztery sale – w tym jedna znajdująca się przy otwartej kuchni, a kolejna w sali barowej. Z powodu problemów technicznych brakuje jeszcze najbardziej spektakularnego elementu wystroju – ogromnego morskiego akwarium, które znajdować się będzie w sali przy wejściu. Co więcej, akwarium będzie tworzyło portal, pod którym przechodzić się będzie do kolejnych sal.

Ciekawie dobrane dekoracje oraz lekkie, drewniane stoły bez obrusów sprawiają, że wnętrze wygląda nowocześnie, bez nacisku na nachalną „orientalność”. Jest po prostu przyjemnie i z klasą. Jeśli lubicie podglądać kucharzy przy pracy – rezerwujcie stolik w sali po prawej stronie. A jeżeli szukacie miejsca na uboczu, idealnego na  randkę – to w sali przechodniej. Stoliki znajdują się tam we wnękach i wygląda na to, że to fajne miejsce, jeśli nie chcecie mieć sąsiadów tuż obok. Natomiast jeśli macie ochotę napaść swoje oczy butelkami japońskich (i nie tylko) alkoholi, to sala barowa wydaje się być również niezwykle atrakcyjna. My oczywiście siedzieliśmy przy kuchni, jednak mnóstwo czasu spędziłam przy barze. Ale o tym za chwilę.

Karta

Kuchnia w Nami to dania stricte japońskie, inspirowane kuchnią japońską oraz dania zupełnie spoza japońskiego świata. Czyli takie azjatyckie fusion. W skrócie: znajdziecie tam grillowane mięsa, dania z ryb i owoców morza,  w tym mocną reprezentację sushi. Niemięsożerni goście też coś znajdą dla siebie, chociaż nie ukrywam – wege nie są grupą docelową Nami.

Dania skomponowane są tak, że idealnie nadają się do dzielenia. Bardzo lubię ten koncept, bo pozwala mi uniknąć wyjadania z talerza moich współbiesiadników, a nie wszyscy za tym przepadają. Nie spróbowaliśmy wielu dań, na które mieliśmy ochotę, bo jednak umówmy się, pojedyncza wizyta to zdecydowanie za mało nawet na trzy żołądki.

Postawiliśmy na tempurę (krewetki i warzywa, 39 i 25 zł), grillowane kotleciki jagnięce (65 zł), tatara z łososia (50 zł), gyozę z wołowiną i foie gras (35 zł), zupę miso (20 zł), yakitori z kurczaka (15 zł) i sashimi (selekcja Szefa: toro, akami, szkocki łosoś, 95 zł). Szef kuchni przygotował dla nas również nigiri z opalanym łososiem – i to był absolutny hit. Nie tylko rewelacyjny ryż (jak zwykle u Taiyo), ale przede wszystkim rozpływający się w ustach, lekko ciepły, delikatnie słodki łosoś. To danie, którego koniecznie musicie spróbować. Taiyo opala łososia przy pomocy rozżarzonego kawałka węgla drzewnego binchō-tan. Gdybyście mieli przyjść na tylko jedno danie – niech to będzie ten łosoś!

W karcie znajdziecie jeszcze między innymi: ostrygi, dorsza i homara w tempurze, przegrzebki i kilka rodzajów ryb z patelni lub grilla robata, wołowinę wagyu z Japonii i Australii, bakłażana z miso, szparagi z grilla czy krokiety z batatów i chorizo.

Nie zdecydowaliśmy się na żadne desery – kolejny pretekst, żeby zajrzeć ponownie.

Mocne strony Nami to grill robata opalany węglem drzewnym binchō-tan, świetna tempura (lekka, chrupiąca, cienka i nieprzesączona tłuszczem) i ryż do sushi, który w wykonaniu Taiyo jest zawsze klasą samą w sobie.

Sushi w Nami

Mam do Was prośbę – jeśli zamierzacie wybrać się do Nami na sushi, to zostawcie w spokoju wszelkie rolki, futomaki i uramaki. Skupcie się na prostych nigiri, na klasycznym, japońskim połączeniu ryby i ryżu. Omińcie ogórki, awokado, kremowe serki. One są w menu Nami i jestem przekonana, że wszystko przygotowane jest ze składników wysokiej jakości. Ale szkoda marnować przestrzeń w żołądku na sushi inne niż nigiri. Serio! I dotyczy to każdego miejsca, w którym zjecie sushi, ale szczególnie istotne jest tam, gdzie kunszt szefa kuchni wykracza dużo dalej poza kręcenie rolek.

W Nami do sushi dostajecie prawdziwe wasabi, a nie takie z tubki czy rozrobione z proszku. Mniej zielone, ale w nos uderza konkretnie. Dlaczego o tym piszę? Bo naprawdę w niewielu miejscach jest dostępne prawdziwe wasabi – czyli świeżo utarte kłącze. Jaka jest różnica i czym są najczęściej spotykane fałszywe wasabi przeczytacie w tym artykule: https://mochiko.pl/wasabi/

Bar

Nie ukrywam, że tym razem taką samą przyjemność czerpałam z jedzenia, jak i picia. Bar w Nami ma mocną nadreprezentację japońskich alkoholi – sake, umeshu, whisky, ginu i kilku pozostałych ciekawych pozycji. Za pierwszą selekcję alkoholi odpowiada Norihiko Sakamoto – właściciel Hiko Sake, największego chyba w Polsce importera japońskich alkoholi. W wielu miejscach w Polsce odpowiada on za wybór sake i innych japońskich trunków. Karta alkoholi w Nami jest na początku swojej drogi – to dobra baza do rozbudowania o bardziej unikalne pozycje. Mam nadzieję, że Piotr, który jest managerem baru, swoim zapałem i doświadczeniem zbuduje miejsce jedyne w swoim rodzaju. Widzę tu ogromną przestrzeń na degustacje japońskich alkoholi czy nawet warsztaty z przygotowywania herbaty matcha (której obecnie nie ma w karcie).

Umeshu i inne takie

Ci, którzy mnie znają wiedzą, że jestem psychofanką umeshu. I za swoją misję życiową uznałam przekazanie współczesnej ludzkości, że umeshu (w Polsce głównie reprezentowane przez markę Choya) NIE JEST WINEM ŚLIWKOWYM. O czym pisałam na przykład tutaj. Mam swoją ulubioną formę serwowania umeshu czyli umeshu rokku – w solidnej whiskówce, z jedną, dużą kostką lodu. Prosto i na temat. A czasem nawet i bez lodu. Niestety zbyt często umeshu w Polsce to najtańsza Choya serwowana w kieliszku do wina, zasypana garścią lodu.

W Nami spróbujecie kilku rodzajów całkiem dobrego umeshu, m.in. Kotsuzumi z warzelni Nishiyama Shuzojo (przygotowane na bazie sake i brandy), Matsui Umeshu z destylarni Kurayoshi (na bazie japońskiej whisky) czy Choya Kokuto (słodka, okrągła, z wyczuwalnym smakiem cukru trzcinowego i ciemnego rumu).

Jako, że niespecjalnie kocham whisky, to tę degustację przekazałam mojemu synowi. Testowane było Nikka Coffey Grain (produkowana z 95% zacieru z kukurydzy i 5% zesłodowanego jęczmienia), 3-letnia Akashi z destylarni Eigashima, dojrzewająca w beczkach po sake. Finalnie padło jednak na 12-letniego single malta z Yamazake (180 zł za 40 ml). Podobno znakomita whisky do celebrowania tytułu inżyniera 😊

Kolejnym razem pewnie potestuję gin (w tym momencie mają 4 rodzaje, ale zakładam, że ten segment też się rozbuduje). I na 100% przetestuję również Koishiso – likier z pachnotki (shiso), który pachnie obłędnie. Dla tych, co lubią japońskie reklamy: https://www.youtube.com/watch?v=rLb6fqyYS8k

Aha, mają też ciekawe menu z cocktailami, ale ze względu na wdrażaną nieustannie zasadę „nie mieszam…”, to ta część pozostaje jeszcze nadal do odkrycia.

Byłoby wspaniale, gdyby oferta herbaciana była nieco szersza, rozbudowana o houjichę, genmaichę i matchę. To oczywiście wymaga nie tylko odpowiedniego produktu, ale i wiedzy na temat herbaty i jej przygotowania. Jednak widzę w tym miejscu ogromny potencjał na lepszą selekcję herbat.

Podsumowanie

Miejsce nowe cierpi zawsze na – mniej lub bardziej – skomplikowane choroby wieku dziecięcego. Obsługa trochę się jeszcze musi przeszkolić, akwarium musi zostać zamontowane. No i mam nadzieję, że bar będzie się rozbudowywał w dobrą stronę. O kuchnię jestem spokojna, poziom na pewno będzie stały i znakomity. Byłoby fantastycznie, gdyby w karcie (lub poza nią) w przyszłości dostępne były dania sezonowe, na tyle, na ile dostępność sezonowych japońskich składników będzie wystarczająca.

Wszystkie dania były znakomite, ale niektóre były znakomitsze niż pozostałe. A wśród nich tempura i opalany łosoś (czy ja już pisałam, że koniecznie musicie spróbować?). Ale smakował nam absolutnie każdy jeden kęs!

Jedyna uwaga jaką miałam to zawrotna prędkość wydawania dań. Prawdopodobnie dlatego, że byliśmy przez dłuższą chwilę jedynymi gośćmi w restauracji. Byłoby przyjemniej mieć więcej czasu na delektowanie się poszczególnymi talerzami – szczególnie tymi gorącymi.

Za 3 osoby zapłaciliśmy 617 zł, wliczając w to obowiązkowy serwis. Czy to drogo? Niewątpliwie nie jest tanio, ale śmiem twierdzić, że rodzi się nam najlepsza restauracja japońska w Krakowie. Zdecydowanie miejsce na specjalne okazje – jeśli zamówicie wagyu czy whisky z górnej półki. Ale i na mniejsze okazje Nami będzie dobrym pomysłem, bo w menu jest sporo dań w rozsądnych cenach.

0 komentarz
1

Zobacz też

Zostaw komentarz